niedziela, 8 kwietnia 2012

Rozdział 1- "This is the story of my life..."

Hej, nazywam się Sara Chobins, a to jest historia z mojego życia.  Nie powiem, że moja historia jest piękna, radosna, kolorowa.. Wręcz przeciwnie. Jest bardzo smutna, ciemna, jest w niej wiele cierpienia, śmierci i walki z losem, który przez całe moje życie był dla mnie okrutny. Całe moje życie było nieustanną walką. Musiałam dbać o siebie i rodzinę, nie miałam przyjaciół, którzy by mi pomogli, jedynym moim przyjacielem był mój koń, Borys. Towarzyszył mi całe życie, w każdej chwili byliśmy razem, aż do końca jego chwil byłam przy nim, ale jak wiadomo… nic nie trwa wiecznie…
                Moje życie od samego początku nie zapowiadało się pięknie, już w dniu moich narodzin okazało się, że mam raka serca.  Lekarze powiedzieli, że mogą przeprowadzić operację gdy trochę podrosnę, ale w tamtych czasach leczenie nowotworów nie było tak łatwe jak obecnie. Wtedy szansa na poprawną, udaną operacje była jedna do miliona. A nawet jeśli już operacja to nie kosztowało to mało, a moich rodziców nie było stać na to. Pytali o wszystkie sposoby na uratowanie mnie od tego, ale na nic. Ostatecznie wybrali podawanie mi leków, które niszczyły raka, ale i mnie. Miałam jednak wielkie szczęście, gdyż leki te nie zabiły mnie do końca. Mam ponoć bardzo mocny organizm, który wytrzymał nawet tak niebezpieczne leki.  Mój organizm pomimo to, że jest  bardzo zniszczony przez te leki jakoś się trzyma. Dzisiaj nie mam już raka, ale nie dzięki tym lekom się go pozbyłam, a dzięki operacji, którą miałam niedawno, bo 2 lata temu.

W dzieciństwie byłam średniej wysokości, szczupłą, blada dziewczynką. Miałam blond kręcone włosy i niebieskie jak morze oczy. Wszyscy moi rówieśnicy uważali mnie za dziwadło i wyrzutka. Nie znali mnie od środka, ale od zewnątrz. Jestem pewna, że gdyby chociaż chcieli mnie poznać zmieniliby swoje opinie o mnie. Z charakteru jestem miłą, pomocną, pracowitą, uczciwą i szczerą dziewczyną. Nienawidzę kłamstwa, oszustw, kradzieży, lecz przez te wszystkie kłopoty jakimi mnie Bóg ukarał zostałam zmuszona do kradzieży i oszustw, ale bardzo za to żałuję. Moim hobby była jazda konna. Nie miałam marzenia, nie miałam czasu żeby marzyć i walczyć o coś co nigdy i tak się nie spełni. Miałam inne, ważniejsze rzecz na głowię… A zresztą… Sami się dowiecie gdy głębiej poznacie mnie i moją historię… Co ja wam będę opowiadać… Sami się przekonajcie…
                Moje życie zaczęło się w szpitalu, w Paryżu, lecz moi rodzice pochodzą z Anglii. Urodziłam się 8 marca 1937 roku.  Żyliśmy przez pierwsze lata mojego życia w małej miejscowości  Boissy Saint Léger koło Paryża. Nie byliśmy bogatą rodziną, ledwo co starczało nam na jedzenie i ubrania. Mama była bezrobotną gospodynią, a ojciec był żołnierzem. Podczas wojen, każdego wieczora mama zamartwiała się o swojego męża, płakała, bała się, że nie wróci. Moja matka nazywała się Elisabeth Carter, a ojciec Frank Carter. Moja rodzicielka była spokojna, cierpliwa, przyjazna i miła, ale tez bardzo wymagająca. Nie było u nas w domu obijania się, nie było czasu na leniuchowanie.  Elisabeth była niezbyt wysoką, szczupłą i równie bladą jak ja kobietą, miała na twarzy dużo piegów, jej piękne, czarne, długie i proste włosy zawsze plotła w długi warkocz. Ojciec był spokojny, przyjazny i wyrozumiały, zawsze nas bronił.  Był wysoki, szczupły i mocno umięśniony, na twarzy miał charakterystyczny, czarny pieg na policzku, zawsze miał kilkudniowy zarost. Miał rude, lekko kręcone włosy. Rodzice mieli 7 koni (5 klaczy i 2 ogiery) z których mieliśmy pieniądze, zajmowali się nimi dobrze, kochali je, tak samo ja.

Borys (po prawo)
Pewnego lata, gdy miałam 4 lata urodził się nam wspaniały źrebak rasy heflinger. Był niesamowity, od pierwszego momentu go pokochaliśmy, on nas również. Pokochaliśmy go za charakter i za wygląd. Jego niesamowita Izabelowata maść przyprawiała mnie o dreszcze. Dzięki niej i swojej wspaniałej postawie był jeszcze bardziej niesamowity. Był bardzo oddany swojemu właścicielowi, nieufny wobec obcych,  odważny, cierpliwy, mądry, nie chcieliśmy go sprzedać więc został u nas. Nazwaliśmy go… Borys. Niedługo po narodzeniu Borysa moja matka zaszła w ciąże. 9 miesięcy później narodził się mój braciszek, Hugo.  Obiecałam rodzicom, że będę się nim opiekować, dbać o niego, pilnować go i nie pozwolę żeby stała mu się krzywda. Starałam się z całej siły by dotrzymać tajemnicy, na początku było łatwo, bo pomagali nam rodzice, później… było już nieco gorzej.
 Kochałam swojego brata jak nikogo innego, był dla mnie najważniejszą osobą w życiu, razem z Borysem tworzyliśmy niesamowitą ekipę. Zawsze razem, wszędzie i zawsze. Gdziekolwiek bym nie poszła oni pójdą ze mną, zawsze mi pomogą.

"BYŁ PRZYJACIELEM, KTÓRYCH NIE MIAŁAM"
Pewnego lata gdy miałam 6 lat spadłam z stromej góry i wpadłam do jaskini, Borys razem z moim bratem na grzbiecie zszedł ostrożnie z górki do jaskini. Zachował się wtedy jak człowiek, wydawałoby się, że rozumiał co się dzieje i wiedział co teraz zrobić, zachowywał się jakby myślał. Gdy dotarł do wejścia do jaskini nie mógł tam wejść więc zrzucił z siebie wodze i podsunął je do mnie i wyciągną mnie. Wtedy zrozumiałam, że to mój wierny przyjaciel. W każdej chwili gdy coś mi się stało on był przy mnie, razem z Hugo i na odwrót. Gdy tylko Borys zachorował lub Hugo, zawsze byliśmy razem, w trójkę.  Może i Borys był tylko koniem i wiele osób uważa, że konie nie rozumieją nic, nie kochają, człowiek jest dla nich zwykłym właścicielem a nie przyjacielem, ale dla mnie ten koń nie był zwykłym zwierzęciem ! Był przyjacielem, których nie miałam ! Jako jeden z niewielu osób mnie rozumiał, mogłam się przy nim wyżalić, wypłakać, może i on nic nie rozumiał, ale to mi zawsze pomagało ! Może i nigdy nie odpowiedział na moje zwierzenia, ale ja odpowiedzi i pocieszenia słyszałam w jego oddechu, w rytmie bicia jego serca. Zawsze mi odpowiadał, chociażby swoim typowym rżeniem i przytulaniem się do mnie. Czy to nie jest wystarczająca odpowiedź ? Dla mnie jest.
Gdy miałam 7 lat przeprowadziliśmy się z powrotem do Londynu, rodzinnego miasta mojej matki. Niestety żadnej rodziny tam już nie zastaliśmy, wszyscy się przeprowadzili, nie było tam nikogo. Nawet starzy znajomi się przeprowadzili. Mieszkaliśmy w całkiem dużym domu, rodzice kupili go za małe pieniądze, bo właściciel uważał, że jest nawiedzony, ale my jeszcze nic dziwnego i nawiedzonego nie zauważyliśmy. Dom był bardziej ustrojony rzeczami z dawnych lat, zbudowany był z kamieni, miał wielki ogród, który odgrywał rolę padoku dla Borysa.  Cała działka miała około hektara,  mieściła się na przedmieściach Londynu, z dala od ruchomych ulic i gwaru. Wokół nas były podobne domy, choć inne. Wszystkie działki były na obrzeżach wielkiego lasu. Było to bardzo dobre miejsce na tereny na Borysie.
Rok później gdy Hugo kończył 3 latka wybuchła wojna, nie mogliśmy ruszać się z domu, na ulicach panowały zamieszki, rodzice musieli Borysa zaprowadzić do podziemnego boksu, tam tylko był bezpieczny.  Ale nie na długo.

__________________________________________________________________________________ No więc pierwszy rozdział jest :) Mam nadzieje, że wam się podoba :) Czekam na komentarze :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz