Hej, nazywam się Sara Chobins, a
to jest historia z mojego życia. Nie
powiem, że moja historia jest piękna, radosna, kolorowa.. Wręcz przeciwnie.
Jest bardzo smutna, ciemna, jest w niej wiele cierpienia, śmierci i walki z
losem, który przez całe moje życie był dla mnie okrutny. Całe moje życie było
nieustanną walką. Musiałam dbać o siebie i rodzinę, nie miałam przyjaciół,
którzy by mi pomogli, jedynym moim przyjacielem był mój koń, Borys. Towarzyszył
mi całe życie, w każdej chwili byliśmy razem, aż do końca jego chwil byłam przy
nim, ale jak wiadomo… nic nie trwa wiecznie…
Moje życie od samego
początku nie zapowiadało się pięknie, już w dniu moich narodzin okazało się, że
mam raka serca. Lekarze powiedzieli, że
mogą przeprowadzić operację gdy trochę podrosnę, ale w tamtych czasach leczenie
nowotworów nie było tak łatwe jak obecnie. Wtedy szansa na poprawną, udaną operacje
była jedna do miliona. A nawet jeśli już operacja to nie kosztowało to mało, a
moich rodziców nie było stać na to. Pytali o wszystkie sposoby na uratowanie
mnie od tego, ale na nic. Ostatecznie wybrali podawanie mi leków, które
niszczyły raka, ale i mnie. Miałam jednak wielkie szczęście, gdyż leki te nie
zabiły mnie do końca. Mam ponoć bardzo mocny organizm, który wytrzymał nawet
tak niebezpieczne leki. Mój organizm
pomimo to, że jest bardzo zniszczony
przez te leki jakoś się trzyma. Dzisiaj nie mam już raka, ale nie dzięki tym
lekom się go pozbyłam, a dzięki operacji, którą miałam niedawno, bo 2 lata
temu.
W dzieciństwie byłam średniej
wysokości, szczupłą, blada dziewczynką. Miałam blond kręcone włosy i niebieskie
jak morze oczy. Wszyscy moi rówieśnicy uważali mnie za dziwadło i wyrzutka. Nie
znali mnie od środka, ale od zewnątrz. Jestem pewna, że gdyby chociaż chcieli
mnie poznać zmieniliby swoje opinie o mnie. Z charakteru jestem miłą, pomocną,
pracowitą, uczciwą i szczerą dziewczyną. Nienawidzę kłamstwa, oszustw,
kradzieży, lecz przez te wszystkie kłopoty jakimi mnie Bóg ukarał zostałam
zmuszona do kradzieży i oszustw, ale bardzo za to żałuję. Moim hobby była jazda
konna. Nie miałam marzenia, nie miałam czasu żeby marzyć i walczyć o coś co
nigdy i tak się nie spełni. Miałam inne, ważniejsze rzecz na głowię… A zresztą…
Sami się dowiecie gdy głębiej poznacie mnie i moją historię… Co ja wam będę
opowiadać… Sami się przekonajcie…
Moje życie zaczęło się w
szpitalu, w Paryżu, lecz moi rodzice pochodzą z Anglii. Urodziłam się 8 marca
1937 roku. Żyliśmy przez pierwsze lata
mojego życia w małej miejscowości Boissy Saint
Léger koło Paryża. Nie byliśmy bogatą rodziną, ledwo co starczało nam na
jedzenie i ubrania. Mama była bezrobotną gospodynią, a ojciec był żołnierzem.
Podczas wojen, każdego wieczora mama zamartwiała się o swojego męża, płakała,
bała się, że nie wróci. Moja matka nazywała się Elisabeth Carter, a ojciec
Frank Carter. Moja rodzicielka była spokojna, cierpliwa, przyjazna i miła, ale
tez bardzo wymagająca. Nie było u nas w domu obijania się, nie było czasu na
leniuchowanie. Elisabeth była niezbyt
wysoką, szczupłą i równie bladą jak ja kobietą, miała na twarzy dużo piegów,
jej piękne, czarne, długie i proste włosy zawsze plotła w długi warkocz. Ojciec
był spokojny, przyjazny i wyrozumiały, zawsze nas bronił. Był wysoki, szczupły i mocno umięśniony, na
twarzy miał charakterystyczny, czarny pieg na policzku, zawsze miał kilkudniowy
zarost. Miał rude, lekko kręcone włosy. Rodzice mieli 7 koni (5 klaczy i 2
ogiery) z których mieliśmy pieniądze, zajmowali się nimi dobrze, kochali je,
tak samo ja.
![]() |
| Borys (po prawo) |
Kochałam swojego brata jak nikogo innego, był dla mnie najważniejszą osobą w życiu, razem z Borysem tworzyliśmy niesamowitą ekipę. Zawsze razem, wszędzie i zawsze. Gdziekolwiek bym nie poszła oni pójdą ze mną, zawsze mi pomogą.
![]() |
| "BYŁ PRZYJACIELEM, KTÓRYCH NIE MIAŁAM" |
Gdy miałam 7 lat przeprowadziliśmy się z powrotem do Londynu, rodzinnego miasta mojej matki. Niestety żadnej rodziny tam już nie zastaliśmy, wszyscy się przeprowadzili, nie było tam nikogo. Nawet starzy znajomi się przeprowadzili. Mieszkaliśmy w całkiem dużym domu, rodzice kupili go za małe pieniądze, bo właściciel uważał, że jest nawiedzony, ale my jeszcze nic dziwnego i nawiedzonego nie zauważyliśmy. Dom był bardziej ustrojony rzeczami z dawnych lat, zbudowany był z kamieni, miał wielki ogród, który odgrywał rolę padoku dla Borysa. Cała działka miała około hektara, mieściła się na przedmieściach Londynu, z dala od ruchomych ulic i gwaru. Wokół nas były podobne domy, choć inne. Wszystkie działki były na obrzeżach wielkiego lasu. Było to bardzo dobre miejsce na tereny na Borysie.
Rok później gdy Hugo kończył 3 latka wybuchła wojna, nie mogliśmy ruszać się z domu, na ulicach panowały zamieszki, rodzice musieli Borysa zaprowadzić do podziemnego boksu, tam tylko był bezpieczny. Ale nie na długo.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz